niedziela, 25 lutego 2018

Miłość kontra Nienawiść w filmach Paula Thomasa Andersona


  Uwaga! Tekst zawiera omówienie kluczowych elementów fabuły filmu "Nić widmo" oraz "Aż poleje się krew".


  Na początku miała to być recenzja najnowszego filmu P. T. Andersona- "Nić widmo" (znakomitego zresztą). Jednak myśląc o tym obrazie oraz pozostałej twórczości reżysera, a w szczególności  o "Aż poleje się krew", zauważyłem pewną relację między tymi dwoma filmami. Oczywiście pierwszą kwestią wspólną jest fakt, że w obu przypadkach głównego bohatera gra Daniel Day - Lewis i w obu przypadkach na podstawie scenariusza Andersona buduje intrygujące, niepokojące i charyzmatyczne postaci. I w wielu miejscach są to bardzo podobne do siebie charaktery. 

  Daniel Plainview Z "Aż poleje się krew" i  Reynolds Woodcock z "Nici widmo" to, pomimo skrajnie różnych profesji, mężczyźni, którzy wszystko co osiągnęli zawdzięczają swojej ciężkiej pracy, determinacji i zaangażowaniu. Stanowi to ich wielki powód do dumy, i zawsze korzystają z okazji, by podkreślić swoje osiągnięcia. Jednakże gdy to robią, trudno jest uważać to za niespotykaną arogancję czy popadanie w samozachwyt, bo pomimo wszelkich wad, które posiadają obaj bohaterowie, nie sposób odmówić im tej przyjemności, zwłaszcza gdy widzimy na przykład brudnego i wyczerpanego Plainview czołgającego się ze złamaną nogą, zapewne wiele kilometrów z kopalni do miasta, by nawet tam, z podłogi, patrzeć na ręce ludziom, którzy zajmują się wydobytymi przez niego surowcami, albo Woodcocka mdlejącego po skończonym pokazie, leżącego w łóżku niczym mały chłopiec chory na anginę. Lecz właśnie ta, wręcz granicząca z szaleństwem determinacja, to również źródło ich skrzywionych relacji z otoczeniem. Obsesja, egocentryzm, nieprzewidywalność i zamknięcie w sobie sprawiają, że obaj bohaterowie żyją jakby na uboczu, nie zrozumiani, nie potrafiący dopasować się do otoczenia. Na tej płaszczyźnie zaczynają się formułować porównania. Jednak tych ewidentnych podobieństw głównych bohaterów, historie w obu filmach mają zupełnie różny przebieg i wręcz kontrastujące zakończenia. Co w takim razie ten kontrast tworzy?


  Przede wszystkim tematy podejmowane przez Andersona. W "Aż poleje się krew" eksplorowanym uczuciem jest nienawiść i samotność. Nienawiść i gniew to wręcz główne paliwo napędowe Daniela Plainview. I gniew ten czuć nawet w pozornie niewinnych sytuacjach i wymianach zdań, bo Daniel jest jak uśpiony wulkan, który w każdej chwili może wybuchnąć tłumioną złością. I w końcu wybucha, a swoją nienawiść wymierza w tych, którzy najbardziej ucieleśniają wszystko czym bohater gardzi w ludziach.

  Z drugiej strony, "Nić widmo" to film o miłości, poruszający problemy związane z dzieleniem z kimś życia. Ponad to, Anderson zdaje się zadawać w nim pytanie o to, ile jesteśmy w stanie oddać siebie dla drugiej osoby i z czego zrezygnować, by osiągnąć wspólne szczęście i pielęgnować uczucie. Jest to coś dokładnie odwrotnego niż w przypadku "Aż poleje się krew", w którym oglądamy nieustanne przesuwanie granic w tym ile bohater jest w stanie zabrać innym, ilu ludzi nie zawaha się wykorzystać, zniszczyć, upokorzyć, a nawet zabić, by osiągnąć swój cel.

  Pierwszymi rzeczami o jakie Reynolds Woodcock pyta na kolacji nowo poznaną dziewczynę, to czy jest ona podobna do swojej matki i czy nosi ze sobą jej zdjęcie. Nie mamy już wtedy wątpliwości jak ważna dla Reynoldsa musiała być jego rodzicielka. Przez resztę trwania filmu wspomina o niej jeszcze niejednokrotnie, a raz widzi ją nawet w gorączkowych majakach po grzybkach od ukochanej. Przeszłość i ludzie, którzy go kształtowali wydają się mieć dla niego ogromne znaczenie, co też może być przyczyną silnej więzi z siostrą. Z kolei Daniel Plainview zdaje się być człowiekiem bez przeszłości. Przez większość filmu niewiadomo o nim nic ponad to, co możemy zobaczyć w filmie. Z czasem dostajemy tylko coraz więcej dowodów, że nie jest tak bez przyczyny, gdyż Plainview z niebywałą łatwością odcina się od przeszłości, porzuca tych, którzy są dla niego ciężarem (głuchoniemy syn) i dalej brnie po trupach do celu. 

  
  Wypełniające bohaterów uczucia ogromnie wpływają na ich postrzeganie innych. Zaślepiony nienawiścią Plainview widzi w ludziach (niewykluczone, że nawet też w samym sobie) tylko to co najgorsze. Zakochana Alma widzi w Woodcocku człowieka, którego warto kochać, pomimo często nieznośnego manieryzmu, ekscentrycznych zachowań, zaborczości i niepohamowanej szczerości graniczącej z nietaktem. Stara się przedrzeć przez maskę, za którą ukrywa się Reynolds, zrozumieć go i jak sama mówi "kochać go na jej sposób". Ostatecznie udaje jej się wydobyć z Woodcocka jego łagodne i czułe oblicze, co prawda w dość pokrętny sposób, bo regularnie podtruwając męża grzybami, ale może w tym wypadku nie pozostaje nic innego jak uznać, że w miłości cel uświęca środki.
  
  Ostatecznie w obu filmach triumfuje uczucie, na którym skupiona jest opowieść. Na podstawie tych przykładów można by postawić tezę, że w jednym i w drugim przypadku, w uczucie to wpisana jest autodestrukcyjność, w mniejszym lub większym stopniu. Tylko, że ja bym się z taką tezą nie zgodził. Owszem, regularne spożywanie trujących grzybów raczej zdrowiu nie pomaga, ale w tym konkretnym, bądź co bądź groteskowym przypadku, stanowi to pewien rodzaj poświęcenia dla ukochanej osoby, które jednak warte jest wspólnego szczęścia. Jest to droga do wydobywania z siebie swojego lepszego oblicza i utrzymania, tym samym związku w całości. Podczas gdy w "Aż poleje się krew", skutkiem i celem życia pełnego nienawiści jest autodestrukcja sama w sobie, a najlepszym podsumowaniem tego jest widok zapijaczonego Daniela Plainview, na granicy obłędu, siedzącego na podłodze obok martwego przeciwnika i jego ostatnie słowa w filmie, które brzmią: "I'm done".

  Oba filmy prezentują nietypowe i intrygujące ujęcie uczuć, które towarzyszą nam przez całe życie, a które w tekstach kultury wydają się już być przemaglowane do bólu. To że tacy twórcy jak Paul Thomas Anderson potrafią wnieść coś nowego i świeżego w tym temacie, to dowód, że ludzkie emocje wciąż nieprzebyty labirynt i pozostaje tylko mieć nadzieję na powstawanie kolejnych, lub odkrywanie już istniejących tak błyskotliwych dzieł.


  
  
   

  

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz